29 sty 2014

Lekarz bez autorytetu i pod społecznym nadzorem.


Coś się zmienia. Kończy się pewna epoka dla lekarzy i dla nas  pacjentów. Doświadczamy zmierzchu ery autorytetów . Dotychczas reputacja lekarza była oparta na autorytecie. Autorytet  budowało się powoli i mozolnie w sposób tradycyjny – ciężką pracą nad budowaniem opinii u pacjentów, liczbą publikacji naukowych, pozycją w środowisku, funkcją w szpitalu. Nośnikiem reputacji była opinia pacjentów o lekarzu przekazywana innym jako rekomendacje. Model tradycyjny oparty na autorytecie i ustnych rekomendacjach zadowolonych i wdzięcznych pacjentów możemy nazwać roboczo modelem Goździkowej. Raz zbudowany w taki sposób  autorytet był praktycznie trwały, trzeba było poważnie narozrabiać, żeby go stracić. Dr Garlicki, prof. Gapik, Prof. Gierek czy Andrzej Samson stracili reputację budowaną na autorytecie bo działali niezgodnie z prawem i popełnili poważne wykroczenia. Ten model budowania reputacji  w świecie medycznym odchodzi jednak bezpowrotnie do lamusa.

Zmierzch autorytetów

Teraz reputacja lekarza przestaje być oparta na autorytecie. Jak mówi Zygmunt Bauman, w czasach płynnej rzeczywistości reputację ustalają nie autorytety – profesorowie, naukowcy, filozofowie. Dziś reputację ustalają  strony, które nie są merytoryczne – media, internauci, celebryci. To już nie lekarze mówią nam jak żyć zdrowo, robią to kucharze, sportowcy, dziennikarze. Celebryci mówią, co jest w życiu ważne. Angelina Joli jednym swoim wystąpieniem powiedziała całemu światu, że życie i zdrowie jest ważniejsze niż uroda i seksualność. Liczne medyczne autorytety mówiły to już od dawna, ale świat ich nie słyszał. Przeszliśmy dość sprawnie od ery Goździkowej do ery dr Googla i już nie sposób to ignorować.

Co jest dziś miernikiem reputacji lekarza? Liczba publikacji naukowych, wystąpienia na konferencjach, tytuł naukowy, pozycja w środowisku czy może liczba wywiadów czy artykułów w popularnych mediach, liczba pozytywnych i negatywnych opinii pacjentów w portalu znanylekarz.pl czy liczba lajków na facebooku. To już nie jest epoka  autorytetów tylko epoka wymiany informacji i opinii kształtowanych przez pośredników i odbiorców. Era sieci społecznościowych, czatów, blogów, tweetów, facebooków, sieciowej wymiany informacji. Era Internetu jako głównego źródła informacji dla pacjentów. Wg badań Turkiewicz  lekarz w Polsce jest wprawdzie nadal głównym źródłem informacji o zdrowiu i chorobie (dla 69% pacjentów) ale dla równie dużej grupy pacjentów źródłem tych informacji jest już Internet (dla 67%). Ustna rekomendacja, poczta pantoflowa działa nadal, zwłaszcza w lokalnych społecznościach, ale nie jest już ona jedyną formą budowania reputacji lekarza. Teoretycznie można reputację zbudować bazując na umiejętnościach użytkowania internetu (m.in. znając zasady pozycjonowania) i równie szybko można ją stracić w wyniku negatywnych informacji na stronach internetowych. Reputacja stała się bardzo krucha, wymaga stałego nie tylko budowania ale też monitorowania.  Model Goździkowej przestaje działać nawet w mniejszych lokalnych społecznościach, gdzie wydawało się, że trudno będzie go zmienić.

Zmierzch ery autorytetów w polskiej medycynie potwierdzają wyniki badania European Trusted Brands 2013, przeprowadzonego przez Readers Digest. W Europie mniejsze zaufanie do lekarzy wykazują jedynie Rosjanie (47% ufa lekarzom). Lekarzom ufa w Polsce jedynie 57% ankietowanych, podczas gdy średnia w Europie wynosi 76%.  W Polsce zaufanie do lekarzy od kilku lat systematycznie spada. W 2012 r. przedstawicielom tej profesji ufało 64% ankietowanych a w 2011 r. 73%.

Lekarz pod nadzorem

Równolegle ze zmierzchem autorytetów rozwija się kultura nadzoru.  Nie mogę się oprzeć nawiązaniu do ostatnich wydarzeń dotyczących tragicznych  zgonów dzieci w szpitalach a zwłaszcza doświadczenia tragedii bliźniąt w Włocławku. Obawiam się, że tak jak nie da się już wrócić do ery autorytetów tak samo nie można ignorować rosnącej roli mediów i Internetu w ocenie pracy i postaw lekarzy. Transparentność społeczna wszystkiego co robi lekarz, zawód zaufania publicznego,  jest jak się okazuje bardzo duża. Pokazanie w mediach jednej tragicznej sprawy napędza fora internetowe. Zgłaszają się ludzie, którzy przeszli nawet wiele lat wcześniej podobne doświadczenia ze zdarzeniami medycznymi jak  rodzice bliźniaków. Uruchamia się lawina zgłoszeń. Prokuratura pod presją społeczną wraca do latami nierozstrzygniętych podobnych spraw z przeszłości. Nie działają już metody wymazywania danych z dokumentacji medycznej, przewlekania  postępowania sądowego, rozmywania spraw przez samorząd lekarski. Nie da już się ukryć, że dyżur w publicznym szpitalu może być miejscem wypoczynku między jedną i drugą intensywną praktyką prywatą. Nie da się już zmieść pod dywan praktyki spóźniania się na dyżury czy chronienia snu lekarza przez personel medyczny. Może nas zdradzić nie człowiek ale technologia - telefon komórkowy, kamera w szpitalu, nowoczesny aparat USG. Nasza praca jest jak się okazuje pod ciągłym nadzorem i to niekoniecznie nawet pacjenta czy personelu medycznego. Pilnuje nas nasz własny telefon, komputer czy samochód. Im więcej posiadamy tym bardziej jesteśmy monitorowani.  Monitorują nas różne technologie i media. I to one pokazują  anatomię naszych postaw i mechanizmów patologicznych jak na dłoni. Można nie popełnić nawet tak dużego błędu, tak jak to miało miejsce w przypadkach wymienionych wyżej przykładów afer z udziałem lekarzy  w przeszłości, tylko drobne zwykłe ludzkie błędy jak spóźnienie się na dyżur  i wszystko to staje się w łatwy sposób publicznie widoczne. Autorytet nic nam  tu nie pomoże.

Życie i praca w epoce Big Brothera

Jak więc żyć i pracować w epoce Big Brothera, który widzi i słyszy wszystko co robimy i nic się już nie da z tym zrobić. Autorytet lekarza już go nie chroni, jego praca jest pod stałym społecznym nadzorem. To upadek z wysokiego konia. Jak w tych warunkach być dalej panem życia i śmierci? Chyba już się nie uda.  No cóż, trzeba chyba żyć i pracować dalej zakładając tylko, że wszystko co robimy i mówimy może się pokazać następnego dnia w Internecie. Jesteśmy pilnowani zwłaszcza jak nie pilnujemy sami siebie. Zostaje zwykła przyzwoitość i ciężka praca. Ryzyko chodzenia na skróty stało się zbyt duże.

Ja się cieszę, że tak jest. Nieoczekiwanie wszystko to sprawia, że nadzór społeczny w ochronie zdrowia jest lepszy. To sfera, gdzie strasznie trudno o nadzór społeczny z uwagi na przepaść kompetencyjną między lekarzem i pacjentem czy pacjentem a urzędnikiem. Paradoksalnie media i technologie służą pacjentom i słusznej sprawie. Nie trzeba pokazywać ław oskarżonych pełnych lekarzy, żeby osiągnąć efekt przestrogi. Wystarczy pokazać lekarzom i pacjentom, jak wszystko co robią jest widoczne i transparentne. Jak może stać się własnością publiczną  w wyniku zwykłych ludzkich błędów.  To co się dzieje wokół afery we Włocławku powinno bardzo uruchamiać wyobraźnię lekarzy i pacjentów. Efekt społeczny tej tragedii może być  bardzo ważny. Co oczywiście nie oznacza, że nie należy poszukać i ukarać winnych. Kończąc, cytuję słowa profesora Bartoszewskiego, bardzo aktualne w erze Internetu: „Warto być przyzwoitym, warto do cholery”.

Ewa Borek, Fundacja MY Pacjenci

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz