3 cze 2013

Internauci o systemie

W tym kraju aby chorować trzeba być naprawdę zdrowym. Jeżeli ktoś choruje (że tak powiem) "spokojnie", tzn. jest w stanie poczekać kilka miesięcy na wizytę u specjalisty i idzie tam tylko na kontrolę i po receptę to da się żyć. Jeżeli ktoś idzie to internisty z powodu grypy to też da się to przeżyć - w ciągu 2-3 się dostanie. Ale jeżeli komuś stanie się coś nagle i pacjent nie jest umierający (wtedy jeszcze jest szansa na pogotowie i szpital) to pies z kulawą nogą się nim nie zainteresuje. Jest pozostawiony sam sobie. Opieka w nagłych przypadkach to FIKCJA. Przychodnie odsyłają do pogotowia, pogotowie do przychodni i chodzisz jak ten dureń od jednego do drugiego. Testowałem to na sobie - nagły przypadek, potencjalne zagrożenie zdrowia (nie wiadomo jak mogła się rozwinąć infekcja) ale nie umierałem. Nie histeryzowałem (wtedy może by mnie przyjęli). Tylko rzeczowo wyjaśniałem co mi jest. Po wykonaniu około 8-9 telefonów do kolejnych przychodni, w których proponowano mi jedynie wizyty prywatne u specjalisty albo termin "na NFZ" za 1-3 miesiące poszedłem na pogotowie. Tam wprawdzie pomocy mi w końcu udzielono (z łaski) ale przy okazji (za przeproszeniem) opier......, że zawracam głowę i trzeba było iść do przychodni, w której wcześniej odmówiono mi pomocy i kazano udać się na pogotowie. Człowiek w polskiej służbie zdrowie to prawie jak śmieć. A najbardziej żałosne jest to, że zapłaciłem prawie 4000 zł wg ostatniego PIT-u za to bezużyteczne tzw. ubezpieczenie zdrowotne. Jest ono użyteczne tylko dla polityków i ich rodzin (vide: przypadek syna Wałęsy; "normalny" człowiek pewnie by tego nie przeżył, nie mówiąc o normalnym fukcjonowaniu).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz