9 mar 2013

Ping pong pacjentem


Wszyscy jesteśmy wstrząśnięci tragedią Dominiki, której nie udało się wygrać z bezdusznym systemem.

Oczywiście w systemie są ludzie, którzy odpowiadając za czyjeś życie powinni myśleć. Być może tego tu zabrakło. Ale jeśli gdzieś wcześniej lekarze nie ocenili odpowiednio stanu zdrowia, to w momencie kiedy dziewczynka potrzebowała już natychmiastowej pomocy nie powinno być żadnego ale. Nawet jeśli okazałoby sie,ze matka alarmowała "na zapas". W końcu nie jest lekarzem a widzi,że z dzieckiem jest coraz gorzej.

I tu się zaczyna nastepna paranoja. To na pacjenta albo opiekuna, który wzywa pogotowie, spycha się odpowiedzialność za ocenienie stanu chorej osoby, a od tego czy odpowiednio udramatyzuje sytuację zależy czy dyspozytor wyśle pomoc. Tak to wygląda od strony pacjenta.

Doświadczyłam tego wielokrotnie, bo często musiałam wzywac pogotowie do mojego syna. Syn, choć dorosły jest znacznie upośledzony i nie potrafi powiedzieć co mu dolega. Ostatnio "przerabialiśmy" taką sytuację miesiąc temu.

Po podaniu tabletki syn się zachłysnął i zaczął się dusić. Oczywiście wykonałam wszystkie czynności ratunkowe dla takiej sytuacji ale, choć łapał oddech, natychmiast pojawiły sie objawy oskrzelowe, wymioty, gorączka.  Zadzwoniłam po pogotowie i mimo,że widziałam jak syn mi w oczach sinieje,musiałam zeznawać przez 10 minut co i jak ,a dyspozytorka zachowywała się tak jakby badała opłacalność wysłania karetki do syna. W końcu, niestety, podniosłam głos i chyba wydusiłam z siebie niezbyt parlamentarne słowa ale nareszcie usłyszałam w słuchawce,że wysyła pomoc.

Przyjechał zespół z lekarzem. Pan doktór osłuchał -niczego niepojojącego nie stwierdził .

Zmierzył ciśnienie - bardzo niskie ale to dobrze, gorzej gdyby było wysokie. Saturacja 80- nienajgorzej, ludzie tak miewają. To skąd to rzężenie i zasinenie ?- no po zachłyśnięciu wszystko jest podrażnione, a pacjenta zaraz dotlenimy. W tym czasie kiedy syn się "dotleniał"pan doktór robił nam wykład z budowy tchawicy i udowadniał,że na pewno tam nic nie ma. W końcu stwierdził,że trzeba syna połozyć spac , a rano udać się dla pewności na rtg płuc i do lekarza w rejonie.

Pogotowie odjechało a syn czuł się coraz gorzej, do tego gorączka skoczyła do 40 stopni.

Po godzinie znowu wzywałam pogotowie. Dyspozytorka wyraźnie poirytowana w końcu uległa i przysłała następny zespół, tym razem bez lekarza. Kiedy przyjechali stan syna był już powazny więc natychmiast wezwali nastęny zespół specjalistyczny, który zabrał syna do szpitala.(3 wyjazdy zespołów ratowniczych do jednego przypadku !) Tu go ustabilizowali, a był już płyn w obu płucach i niewydolność oddechowo-krążeniową. Trafił na odział, szybko wykonano bronchoskopię i przez tydzień leczono zachłystowe zapalenie płuc.

Przepraszam za tę prywtaną dygresję ale to ze szczęcia, że syn dał radę wygrać z systemem, choć było o krok od  tragedii.

Dodam tylko, ze lekarz z pierwszego zespołu ratowniczego został poinformowany, ze ma przed sobą pacjenta nie tylko upośledzonego ale z padaczką, guzkami w mózgu, guzkami w nerkach, astmą i nadciśnieniem.

Strach pomyśleć co by było gdybym zbyt spokojnie, opanowując emocje rozmawiała z dyspozytorką ?

 
Wiem, że podobne sytuacje nie są rzadkością . I tylko jakiś fart i ogólnie dobre zdrowie pozwalają człowiekowi przetrwać takie stany zagrożenia życia.
Niestety mała Dominika takiego fartu nie miała.
Tak dłużej być nie może. Prędzej czy później komuś z nas  lub naszych bliskich zabraknie fartu.

Dorota, matka Bartka, chorego na padaczkę lekooporną

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz