4 mar 2013

List żony i matki


W Boże Narodzenie ubiegłego roku - mój mąż (jedyny kierowca w naszej rodzinie) i moja 7 letnia córka zachorowali i to bardzo ostro. Oni już tak zaczęli chorować kilka dni wcześniej, ale generalnie nie byli w złym stanie, więc jakoś tam domowymi sposobami się leczyło (jakieś syropki itd.). W pierwszy dzień świąt im się nagle bardzo pogorszyło. Oboje mieli po ponad 39 stopni gorączki, czuli się fatalnie, nic nie pomagało (Apap, Ibuprofen, nawet Pyralgina). Zadzwoniłam na pogotowie do Bielska-Białej gdzie dowiedziałam się, że w kolejce jest zapisane 120 pacjentów!!! I, że pediatra może mnie przyjąć z córką za około 4 godziny! Że żadna karetka nie jest wolna a zresztą i tak nie przyjedzie - bo teraz karetki przyjeżdżają tylko do stanów bezpośredniego zagrożenia życia.
I dyspozytorka mnie spytała czy mąż i córka są w takim stanie. 
Ja na to: czy umierają? 
A ona na to: tak.

No to jej powiedziałam, że nie umierają. 
No a ona, że karetka nie przyjedzie.

Poza tym dowiedziałam się, że jak karetka przyjedzie to i tak lekarze nie mają przy sobie recept, więc nic nie przepiszą i że oni tylko zabierają do szpitala i na tym koniec. Obdzwoniłam kilka stacji pogotowia (Pszczyna, Czechowice), wszędzie mnie poinformowali, że albo sama przyjadę (nierealne, bo nie jestem kierowcą - ale przede wszystkim oni się tak fatalnie czuli, mała rzygała jak kot co chwilę, mąż jęczał, słaniał się na nogach itd..) albo że mam dzwonić po karetkę do Bielska - a tam już dzwoniłam.

Później okazało się, że u nas na terenie powiatu bielskiego szalała świńska grypa i nawet w Wojewódzkim była kwarantanna. Możliwe, że oni mieli jakąś lżejszą odmianę. 

No a wtedy cóż - zasięgnęłam porady wujka Google co by im zaordynować, poprosiłam znajomego i zawiózł mnie do apteki, kupiłam antybiotyki (receptę dowiozłam po świętach) i parę innych leków - żeby przestali gorączkować a mała wymiotować, podałam im i w zasadzie po 2 dniach byli już prawie całkiem zdrowi. Postąpiłam okropnie nieodpowiedzialnie - ale tak naprawdę nie wiadomo co by było jakbym im tych leków nie kupiła. W zasadzie nie miałam innego wyjścia. A że trochę się medycyną interesuję (jak większość Polaków :D ) to i sama zaordynowałam kurację. 

W Bielsku na pogotowie ani na SOR nawet nie warto jechać:
mąż jakiś rok temu nieszczęśliwie wbił sobie siekierę w nogę (w kość piszczelową) - sąsiad zawiózł go na SOR w Wojewódzkim, mąż czekał 4 godziny na przyjęcie przez lekarza. Miał wyczyszczoną ranę (zdezynfekowałam mu - mamy w firmie takie środki dezynfekujące rany) i opatrzoną, założony opatrunek który mocno przylegał do rany i założony taki rękaw uciskowy. Po 4 godzinach pani doktor pooglądała ranę, stwierdziła, że brzegi się już zasklepiły i że wygląda wszystko dobrze (no tak, po 4 godzinach to się już zaczęło goić) i że bardzo dobrze opatrzone (no skończyło się kiedyś 3-tyg.kurs pierwszej pomocy ). Dostał zastrzyk przeciwtężcowy i jak wrócił stwierdził, że już w życiu na pogotowie nie pojedzie. 

Tak jest w Bielsku - masakra generalnie.

Ale jest tam jeden szpital - dziecięcy: tam na SOR nie mogę narzekać. Już niestety byłam tam kilka razy z moimi gwiazdami, z małą tydzień temu (złamała palec u stopy), dwa lata temu też z małą (piruet zakończony wbiciem się w zawór grzejnika). I zawsze było ok, szybciutko, sprawnie. Nie są mili - bynajmniej, ale przynajmniej rzetelni i kompetentni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz