4 mar 2013

List męża rodzącej

To racja; młodzi ludzie nie korzystający z tego bałaganu nie rozumieją ichnich zasad.
Mnie jazda zdarzyła się podczas porodu jednego z moich synów. Powiatowy szpital mamy o rzut talerzem, mandżur małżowiny od dawna był spakowany, kiedy wody odeszły - do pojazdu i jedziemy. Godzina jak dziś pamiętam była około 7 rano, więc nie jakaś nieludzka, lecz na izbie przyjęć ni żywego ducha. Halo, sralo; nikt się nie pojawia. W końcu przeskoczyłem ten ich szynkwas i szukam kogoś ubranego na biało. Trafia się jakaś kobita i z miejsca z ryjem, czemu się po szpitalu włóczę. Streszczam temat, że małżowina rodzi, a na wlocie nikogo nie ma, a ona na to, że gdzieś z boku wejścia jest dzwonek i żebym wyszedł i zadzwonił to ktoś się zjawi. A w ogóle to żebyśmy okrążyli szpital i weszli innym wejściem, bo jest już po szóstej. Tu muszę wyjaśnić dyletantom, że rodząca kobieta niechętnie podchodzi do spacerów. Tu zrobiłem dwa kroki w stronę baby i miałem chyba dość wymowną minę, bo okazało się, że już nie muszę wychodzić i dzwonić, a małżowinka została usadzona na wózku i przewieziona korytarzami bez konieczności łażenia wkoło szpitala. Wbijamy na położniczy, a tam pierwszą rzeczą jest badanie przez lekarza. Pielęgniarka wchodzi do pokoju lekarzy, budzi dyżurującego i każe czekać. No to czekamy. Pięć minut, dziesięć, piętnaście; żona zwija się z bólu. Dwadzieścia minut, żona nawleka, że już chyba rodzi. Wchodzę do pokoju lekarzy, a koleś się goli, kurwiej macierzy syn. Wszystkie kontrolki zapaliły mi się na czerwono; widziałem tylko czarne plamy i cel - ryj kolesia. Ledwo mnie pielęgniary zblokowały. A i tak podczas badania łypał ukradkiem, czy mu nie grzechotnę.
Dopiero gdy się dowiedzieli, że chcemy poród rodzinny, osobną salę i za wszystko będzie becelowane, to zmienili podejście. Wszyscy tacy się milutcy zrobili, że aż rzygać się chciało.pozdrawiam

Źródło: ratus, Komentarz pod wpisem http://pacjenci.nowyekran.pl/post/89042,to-juz-jest-koniec

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz