26 gru 2012

Szpital nie jest z gumy


Szpital z perspektywy młodej pacjentki, która oczekuje od ochrony zdrowia standardów znanych jej z innych dziedzin życia - komentarz Redakcji

 

W poniedziałek źle się czułam, problemy z sercem, lekarz skierował mnie do szpitala. Po paru dobrych godzinach czekania, badań, słuchania o tym, że „szpital nie jest z gumy”, że powinnam iść do swojego „rejonu” etc. znalazłam się na korytarzu na oddziale gastrologii (na kardiologii nie ma miejsc), następnego dnia przeniesiono mnie „na salę”. Moim lekarzem prowadzącym był diabetolog. Aparat Holtera założono mi we wtorek. Na echo serca czekałam do piątku. Nie rozumiem, czemu dwa dni na oddziale są bardziej opłacalne dla szpitala niż zrobienie echa serca. Mój przypadek nie był poważny, mogłabym wyjść w środę rano.

 

W trakcie mojego pobytu na oddziale liczba pacjentów na korytarzu stale rośnie. W nocy z czwartku na piątek jest tam już pięć osób. Łóżek brakuje, leżanek, na których nie można nawet swobodnie się obrócić, też; część osób śpi na czymś jeszcze gorszym. W nocy na oddziale nie jest spokojnie – jasne światło, ludzie chodzą, pielęgniarki rozmawiają. Ja praktycznie zdrowa leżę w pokoju, a na korytarzu panie po 70tce, poważnie chore, spać nie mogą. Niestety,  nie jestem w stanie wrócić z własnej woli na korytarz.

 

Pomijam grzyb w łazience, brak papieru toaletowego, jakość lub brak jakości jedzenia, wszechobecną brzydotę, która towarzyszy w szpitalu na każdym kroku. Najgorsze jest całkowity brak empatii, szacunku i jakiejkolwiek próby zrozumienia drugiego człowieka. Od samego początku – rejestracji, po sam koniec – wypis, pacjent czuje, że jest w szpitalu niechciany, że powinien być gdzieś indziej.

 

Na korytarzu poważnie chore panie są rozbierane do naga, myte i badane przy wszystkich ludziach: pacjentach, odwiedzających, studentach, kobietach, mężczyznach; na pełnym widoku, podczas śniadania. Nikt nie pomyśli o przewiezieniu ich choćby do łazienki, o jakimś parawanie. Do pokoi puka się w trakcie otwierania drzwi lub w ogóle się tego nie robi, podłogi myte są o 5:30, czyli ponad półtorej godziny przed śniadaniem, lekarze wpadają kiedy chcą, nigdy nie wiadomo kiedy i czy będzie się miało badania, jakie są ich wyniki, czy są dobre, czy są złe. Zdobycie informacji o terminie badania zajęło mi pół godziny, bo pielęgniarka uważała, że nie muszę tego wiedzieć.

 

W szpitalu nikt nie przejmuje do wiadomości, że chory także jest człowiekiem i należy mu się jakikolwiek szacunek, jakakolwiek intymność. Że leki to nie wszystko, że informacja na temat zdrowia i terminu badań nie jest ściśle tajna, tylko powinna być po prostu dostępna, że prawo do godności jest prawem - nawet w szpitalu i że nie wszystko można „zrzucać” na NFZ, na brak pieniędzy czy niskie zarobki. Rozumiem ciężkie warunki pracy, ale zawód każdy wybiera sam. Nikt nikomu nie karze być pielęgniarką. Rozumiem, że jest pełno ograniczeń nadkładanych na lekarzy przez NFZ, rozumiem, że budżet NFZ również jest ograniczony, ale nie rozumiem jak można w taki sposób traktować ludzi.

 


Listopad 2012,

Julia M.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz