18 lis 2012

Centrum czy centralizacja?


W Centrum Onkologii znalazłem się w poniedziałek rano. Jest to moment, w którym próbuje tu się dostać największa liczba pacjentów. Przypadkowo wykonane badania wykazały niepokojący podwyższony poziom tzw. markera nowotworowego.  W rejestracji, do której stałem w długiej kolejce 1,5 godz. podałem moje dane osobowe po raz pierwszy. Dostałem wtedy kartę z numerem identyfikującym mnie jako pacjenta tej instytucji. Skierowano mnie do oczekiwania w przychodni przyszpitalnej. Czekałem tam ok. 1 godziny, pobrano krew, wykonano sprawnie badania i obiecano, że otrzymam telefon z informacją o terminie hospitalizacji najbliższym czasie. Telefon z propozycją terminu hospitalizacji zadzwonił po 2 miesiącach.
Stawiłem się w uzgodnionym terminie w rejestracji  Izby Przyjęć tym razem w sprawie przyjęcia do szpitala. Po pół godzinie przyjął mnie lekarz, który skierował do Ruchu Chorych. Jest to najwęższe gardło w przenośni i dosłownie. W wąskim korytarzu stłoczeni pacjenci z walizkami czekają tu na stojąco, żeby podać po raz kolejny swoje dane sekretarkom medycznym. W pomieszczeniu bez krzeseł w warunkach dużego stłoczenia czekałem na wywołanie mojego nazwiska około godziny. Po wyczytaniu podałem po raz kolejny moje dane osobowe sekretarce. Po wyjściu czekałem ok. półgodziny na pielęgniarkę, która znowu na głos wyczytywała nazwiska grupy pacjentów i zabrała ich do przebieralni. Pacjenci z przebieralni byli grupami dystrybuowani na różne oddziały w szpitalu.

O dane osobowe pytano mnie wielokrotnie, za każdym razem były one odnotowywane w różnych komputerach, pomimo posiadania przeze mnie karty z numerem pacjenta, będącej swoistym paszportem w Centrum Onkologii.
Procedura przyjęcia do szpitala trwała od 8 rano do 12tej – 4 godziny. Czekali w takich warunkach pacjenci, którzy mieli za sobą często daleką, nocną podróż, w podeszłym wieku, w lęku, w kiepskim stanie zdrowia. Miałem wrażenie, że standardy przyjęć pacjentów są głęboko zanurzone w zeszłej epoce i daleko im do współczesnych procedur obsługi klienta. W tych warunkach łatwo dochodzi do pogwałcenia praw pacjenta, ochrony danych osobowych. Trudno zrozumieć, dlaczego konserwuje się w Centrum Onkologii ten upokarzający godność pacjenta proces – czyżby nie o dobro pacjenta chodziło w tej instytucji? Zmiana procesu przyjęć jest prosta, nie potrzeba na nią nakładów, których brakiem zwykle zasłania się nieudolność służby zdrowia. Potrzeba tylko trochę wrażliwości decydentów. Dobre wzory jak może wyglądać godnie taki proces można znaleźć dziś choćby na poczcie.
Zastanawia mnie, dlaczego w systemie ochrony zdrowia nie ma żadnej alternatywy dla Centrum Onkologii. Chorzy okulistyczni, urologiczni, którzy nie godzą się na standard publicznej służby zdrowia mogą korzystać z opieki prywatnej. Chorzy onkologiczni są podwójnie bez szans, zdani są na monopol Centrum Onkologii. Dlaczego w systemie ochrony zdrowia nie ma alternatyw dla tego ośrodka? Dlaczego nie ma klinik onkologicznych przy bardzo dobrze wyposażonych w diagnostyczne zaplecze Akademiach Medycznych? Dlaczego nie zezwala się na otworzenie prywatnych ośrodków onkologicznych, do których trafiłaby bardzo nieliczna garstka pacjentów, których stać na pokrycie bardzo wysokich kosztów diagnostyki i leczenia onkologicznego. Czy w istocie jest tak, że każdy pacjent z nowotworem musi się przecisnąć przez wąskie gardło Centrum Onkologii? Ta centralizacja stanie się wkrótce, wobec narastania zachorowań na nowotwory, nie do wytrzymania. Czy dobrym pomysłem jest zatem wydatkowanie 250 mln zł rocznie z Narodowego Programu Zwalczania Chorób Nowotworowych (czyli pieniędzy nas podatników i potencjalnych pacjentów) na zasilanie tego monopolu? Nic tak nie leczy z kolejek jak konkurencja. Może powstanie Centrum Onkologii BIS? Robię co mogę, żeby po tym doświadczeniu jakie mam z Centrum Onkologii powstrzymać się przed zachorowaniem na chorobę nowotworową. Badania które przeszedłem wykryły, że jestem chory na nieprawidłowe wyniki badań a nie na nowotwór. Powinienem się więc cieszyć, ale jakoś nie potrafię, bo co mnie czeka jak zachoruję naprawdę?

Czterdziestolatek z Warszawy

1 komentarz:

  1. System jest jak oblężona twierdza. Instytut Onkologii działa w warunkach braku rynku, nadmiaru podaży wiec działając racjonalnie w tych warunkach broni się przed pacjentem. Bo każdy pacjent nie powiększa zysku Instytutu, tylko pogłębia jego straty. Nic się nie zmieniło od zeszłej epoki. O sytuacji, w której lekarz czy szpital czeka na pacjenta możemy tylko sobie pomarzyć.

    OdpowiedzUsuń